|
|
|
Книги Ника Перумова |
|
Кольцо
Тьмы
|
|
HOBBIT i KRASNOLUD
Przed wieczorem chmury przesłaniające całe niebo nieoczekiwanie
rozpierzchły się: purpurowy dysk słońca tonął w
pierzynie gęstniejącej mgły, a na pąsowym nieboskłonie:
ostro rysowały się czarne granie Gór Księżycowych.
Nadchodziła ta krótka godzina, kiedy sierpniowy dzień jeszcze
nie do końca ustąpi! miejsca zmierzchowi, ale kontury przedmiotów
w niewyjaśniony, tajemniczy sposób traciły wyrazistość.
W takiej chwili drzewo wygląda jak dziwne zwierzę, krzak wydaje się
przyczajonym krasnoludem, a odległy las pięknym elfowym zamkiem, Nawet
koguty pieją jakoś delikatniej i bardziej harmonijnie.
Wrota mostu przez Brandywinę zostały zamknięte. Na podwórzu
Brandy Hallu w Buckłandzie na wysoką wieżę strażniczą
wdrapał się hobbit z łukiem i kołczanem pełnym strzał.
Poprawił wiszący u pasa róg sygnałowy i przemierzał w
tę i z powrotem strażniczy placyk, ogrodzony poręczą z
grubych bierwion. Kilka mil dalej ciemniała ponura ściana Starego Lasu,
ciągnącego się daleko na południe i wschód. Wartownik
szczelniej owinął się wełnianym płaszczem i oparł
o poręcz. Za szeregiem pierwszych drzew można było jeszcze dojrzeć
prześwit Pożarowej Przecinki, ale i ją szybko ogarniał zmrok.
Na podwórzu zagrody dały się słyszeć lekkie kroki.
Wartownik, odwróciwszy głowę, zauważył niewielką,
nawet jak na hobbita, postać. Wrota stajni otworzyły się i hoobit
zniknął we wnętrzu. Wkrótce potem wyprowadził osiodłanego
kuca, wsiadł nań i niespiesznie ruszył drogą prowadzącą
na północ. Mgła szybko go pochłonęła.
Znowu len wariat po nocy się szlaja! - Wartownik splunął -
Wyobraził sobie nie wiadomo co! Naczytał się Czerwonej Księgi
- i proszę bardzo... Wygląda, że nie dają mu spokoju laury
Meriadoka Wspaniałego! Już trzy wieki temu odeszli za Morze zarówno
stary Bilbo, jak i jego siostrzeniec Frodo... Także elfy odeszły, i
krasnoludy gdzieś znikły", Nawet ludzie omijają nas z daleka...
Co go tak nosi?
Myśli wartownika płynęły leniwie, podobnie jak uciążliwa,
od wieków ciągnąca się służba...
Kuc wolnym kłusem przemierzał wyjeżdżoną, od dawna
znajomą drogę, Zresztą, czy naprawdę znajomą? Noc władczą
dłonią przekreśliła barwy dnia, przydając na czas swego
panowania inne oblicze każdemu przedmiotowi i każdej żywej
istocie. Oto drapieżnie wyciągają się w kierunku jeźdźca
węźlaste, podobne do węży gałęzie, usiłując
chwycić za ramię, wyszarpnąć z siodła,.. Oto krzew, który
rośnie w oczach, rozwija się, puchnie - jakby z zielonych głębin
pojawił się jakiś cień z lampionem w bezcielesnej, widmowej
dłoni. Trzeba umieć się przed tym obronić, Hobbit ma u pasa
wziętą w tajemnicy przed starszyzną bezcenną gondorską
klingę - tę samą, która należała do Wielkiego
Meriadoka. Z taką bronią nie ma się czego bać: każda siła
nieczysta ucieka na sam jej widok.
Tap-tap, tap-tap, Coraz gęstszy mrok; ręka odruchowo chwyta za broń...
Pod rozłożystymi wiązami droga ostro skręca, To najgroźniejsze
miejsce. Z lewej poprzez zarośla przenika widmowy blask głębokiego
ciemnego stawu, otoczonego gęstwiną. Tu zawsze gromadziły się
nocne ptaki; ich dziwne, niezwyczajne dla hobbickiego ucha głosy brzmiały
szczególnie głośno, Skulonemu w siodle hobbitowi wydawało
się, że to poświstuje i pohukuje szydercza świta Dziewięciu,
wieszcząc ich rychłe pojawienie się, Zamknął oczy i
wyobraził sobie, jak w ciemności mkną ich konie - czarne, niczym
utkane z mroku, w szczelnych klapach na oczach. Mkną. Pędzą przez
noc, a wiatr chłoszcze i rozwiewa czarne płaszcze Jeźdźców...
Uderzają o biodra długie miecze, przed którymi nie można
się ani zasłonić, ani obronić; wściekłą złością
płoną puste oczodoły. Czarni Jeźdźcy kierują się
zapachem ciepłej krwi...
Nagle kuc parsknął i zatrzymał się, W oświetlonym księżycową,
poświatą prześwicie między pniami drzew pojawiła się
przysadzista postać, o dwie głowy wyższa od hobbita, Nieznajomego
szczelnie otulał płaszcz, widoczna była tylko ręka trzymająca
długi kostur.
Hobbitowi włosy stanęły dęba, Serce skuł lodowaty
strach głos uwiązł w gardle, krzyk zamarł na wargach...
Nieznajomy zrobił, krok do przodu, Kuc cofnął się, szarpnął
w bok i wyrzucony z siodła hobbit poturlał się po przydrożnej
trawie. Roz1egł się stukot kopyt - kuc pospiesznie wiał, gdzie
pieprz rośnie. Zapomniawszy o całym świecie, hobbit przetoczył
się na brzuch i poderwał obnażając ostrze.
- Hej, przyjacielu! Czyś ty się blekotu objadł? Schowaj broń!
- rozległ się z ciemności spokojny nosowy głos.
- Nie podchodź! - pisnął hobbit, cofając się, i wysunął
przed siebie miecz.
- Stój, spokojnie! Zaraz skrzeszę ognia. - Nieznajomy pochylił
się, zbierając coś po poboczu, - Schowaj to ostrze!. A tak przy
okazji, skąd je masz? Falisty wzór... Rękojeść z
zaczepem... Pewnie gondorski?
Rozległ się suchy trzask, coś błysnęło i pojawił
się wątły języczek żywego, płomienia, Ogień
szybko się rozpalał, oświetlając twarz nieznajomego, który
w końcu odrzucił kaptur, Hohhit odetchnął z ulgą.
Krasnolud! Najprawdziwszy krasnolud, kropka w kropkę jak z Czerwonej Księgi!
Krępy, barczysty, rumiane oblicze otoczone gęstš brodą, nos
jak kartofel... Za zdobionym szerokim pasem - ciężki topór
bojowy, na plecach przytroczony oskard.
- Jesteś krasnoludem? - Hobbit nieco się uspokoił, ale ostrza nie
opuścił. - Skąd się tu wziąłeś? Czego
szukasz?
Odzyskał mowę, ale pewności siebie jeszcze nie: wciąż
cofał się, póki tył głowy nie oparł się o
sztywne gałęzie przydrożnych krzewów.
- Idę z Gór Księżycowych, - Krasnolud krzątał się
przy ognisku, podsycając ogienek suchymi gałązkami. - Szukam
nowych żył rud, Byłem w Hobbitonie, w Delwing, teraz idę do
Bucklandu... Na, tamtym brzegu wskazano mi siedzibę Brandybucków,
powiadają, ze można u nich przenocować...
Lęk ustąpił, pozostała ciekawość i jakieś
dziwne rozczarowanie: najzwyklejszy krasnolud...
- No to nie stójmy tu! - Hobbit odzyskał pewność siebie. -
Chodźmy, akurat tam mieszkam,
- Więc jesteś Brandybuckiem? - Krasnolud nagle wyprostował się
i z zainteresowaniem spojrzał na hobbita. - Poznajmy się. Jestem
Torin, syn Dartha, a pochodzę z południa Gór Księżycowych,
- Folko, Folko Brandybuck, syn Hemfasta, do usług. - Hobbit ukłonił
się z atencją, a krasnolud odpowiedział mu jeszcze niższym
ukłonem,
Torin starannie zadeptał dopiero co z takim trudem rozpalone ognisko,
zarzucił na ramię ciężki tobół i wraz z hobbitem
pomaszerował pogrążoną w mroku drogą.
Milczeli. Ciszę, która teraz nie wydawała się już
hobbitowi ani pełna napięcia, ani niebezpieczna, przerwał Torin:
- Powiedz mi, Folko, czy to prawda, że przechowujecie w Brandy Hallu jedną
z trzech kopii słynnej Czerwonej Księgi?
- Prawda - odpowiedział młody hobbit nieco zakłopotany. - I ją,
i wiele jeszcze innych...
Urwał, przypomniawszy sobie ostrzeżenie wujaszka Paladyna:
"Nikomu nie opowiadaj, że przechowujemy wiele rękopisów
przywiezionych przez Wielkiego Meriadoka z Rohanu i Gondoru!", Wujaszek
nigdy nie wyjaśnił, dlaczego powinien tak postępować;
zazwyczaj tylko potwierdzał wagę swoich słów dźwięcznym
klapsem.
- I wiele innych rzeczy? Czy to chciałeś powiedzieć? - podchwycił
krasnolud, wpatrując się uważnie w twarz hobbita,
Ten odruchwo odwrócił się.
- No, niby jak.
- Powiedz mi, czytałeś te książki? - nie ustępował
krasnolud.
Teraz już nie tylko wzrok, ale i głos Torina zdradzał jego
nadzwyczajne zainteresowanie Folkiem. Hobbit nie wiedział, jak powinien
postąpić: przyznać, że jest jedynym, który w ciągu
ostatnich siedmiu łat wchodził do biblioteki? I że całe noce
spędzał pochylony nad starymi foliantami, próbując
zrozumieć wydarzenia z niewyobrażalnie odległych czasów?
Że osiągnął nieprzyjemną sławę hobbita, który
"nie wszystko ma po kolei"? Nie, takimi informacjami nie należy
dzielić się z pierwszą napotkaną osobą.
Podeszli do bramy, Kuc nie powrócił.
Trzeba będzie jutro łazić po parowach i zagajnikach, by odszukać
tego durnia - ponuro pomyślał hobbit - a jeszcze wujaszek wytarga za
uszy...
Stracił resztki dobrego humoru.
- Folko, czy to ty? - rozległ się głos wartownika. - Gdzie podziałeś
kuca, draniu jeden?! Kogo tam z tobą licho przyniosło? Folko pchnął
furtkę i wszedł, lekceważąc pokrzykiwania. Jednakże
Torin zatrzymał się i uprzejmie ukłonił, zwracając się
do niewyraźnej sylwetki na wieży strażniczej:
- Torin, syn Dartha, krasnolud z Gór Księżycowych - do usług.
Proszę uprzejmie o pozwolenie przenocowania pod tym gościnnym dachem,
znanym daleko za granicami waszego przepięknego kraju! Ulitujcie się
nad zmęczonym wędrowcem, nie zostawiajcie go pod gołym niebem!
- Nie zwracaj na niego uwagi! - syknął Polko, chwytając
krasnoluda za rękę. - Idą za mną i nie zatrzymuj się,
bo ten gamoń cały dom obudzi!
- Hej, Król, czego się tak wydzierasz? - krzyknšł do
wartownika, - On jest ze mną, wszystko w porządku. Lepiej uważaj,
żebyś nie zgubił fajki, tak się rozgadałeś!
Zdecydowanie pociągnął krasnoluda przez dziedziniec.
- Jutro wszystko powiem wujaszkowi! Wszystkiego się dowie! - wrzasnął
oburzony Król. - On ci pokaże...
Ale hobbit wraz ze swoim dziwnym towarzyszem już znikli w labiryncie przejść
i komnat ogromnego domostwa.
Długimi korytarzami szli obok niezliczonych niskich drzwi, prowadzących
do zachodniej części budowli. Trzypoziomowe budowle z bali, szczelnie
pokrywające stoki wzgórza, były zawieszone nad brzegiem
Brandywiny, tworząc coś na kształt plastrów miodu. Tu
zazwyczaj osiadała młódź wolnego stanu, póki nie
weszła w związki małżeńskie.
Folko pchnął jakieś drzwi i wprowadził gościa do pokoju
z z dwoma okrągłymi oknami wychodzącymi na rzekę. Wskazawszy
Torinowi głęboki fotel przy kominie, rozdmuchał ogień i
zakrzątnął się, zastawiając stół. W
zakopconym kominku tańczyły rude płomyki, które oświetliły
ściany, niewielkie łóżko, stół i książki
- te zajmowały całą wolną przestrzeń: wypełniały
kąty, leżały pod łóżkiem, tworzyły stos na
półce nad kominkiem, Stare, ciężkie folianty w skórzanych
okładkach...
Folko przyniósł chleb, ser, wędliny, masło, warzywa,
zagotował wodę w czajniku i wydobył z jakiejś skrytki napoczętą
już butelkę czerwonego wina, Krasnolud jad 1 łapczywie i hobbit,
żeby mu nie przeszkadzać, odwrócił się do okna.
Widmowe światło księżyca zalewało niskie brzegi
Brandywiny; w ciemnym, ponurym nurcie wody tonęły nawet odbicia
gwiazd. Po przeciwnej stronie rzeki sterczały ostre czubki drzew Leśnego
Zakątka, na przystani, ledwie widoczne, pełgało światełko
lampionu. Folko otworzył okno i do pokoju wtargnęły odgłosy
nocy: niemal niesłyszalne szemranie rzeki, szelest przybrzeżnych
trzcin, cichy, ale wyraźny poszum wiatru w tysiącach koron drzew,
żyjących teraz swym szczególnym nocnym życiem. Jak zwykle
w takich chwilach, hobbitem zawładnął dojmujący, niewytłumaczalny
smutek.
Wyobraził sobie, jak rozpoczynali swoje słynne potem wędrówki
Bilbo i Prodo; pewnie też tak stali w nocy przed otwartym oknem i
wpatrywali się w rozpostarty za nim zmierzch - zaledwie kilka godzin
pozostało do świtu i nikt nie wie, czy sšdzone mu będzie
powrócić...
Za plecami rozległo się delikatne pokasływanie. Folko otrząsnął
się, odganiając nieproszony smutek, i odwrócił się do
gościa, który skończył. Już posiłek.
- Powiedz mi, Torinie, co przywiodło cię do naszego kraju?
Żył rudy nigdy tu nie odkryto... - odezwał się Folko.
Wszystko, co się dziś wydarzyło, wydało mu się cudownym
snem, zaczarowaną bajką, która przybyła doń z mroku
dalekich i magicznych łat, Krasnolud! Najprawdziwszy krasnolud siedzi oto
przed nim i z przejęciem ssie fajkę!... Wystarczy wyciągnąć
rękę, by dotknąć zadziwiających tajemnic i cudów
Wielkiego Świata, o którym do dziś tylko słyszał...
W ciemnym, skąpo oświetlonym blaskiem ognia z kominka pokoju unosił
się słodkawy dym fajkowy, Za otwartymi oknami cicho skradała się
noc, zaglądając do oświetlonych okien, ale już teraz jej
tajemnicze odgłosy nie przerażały hobbita. - Potrzebna mi jest
Czerwona Księga - powiedział krasnolud, wpatrując się w
Rolka.
Hobbit drgnšł jak wyrwany ze snu.
- Po co ci ona?
- Chcę wyjaśnić, chcę zrozumieć, jak nasz, świat
stał się takim, jakim jest obecnie - odpowiedział Torin. - W
środziemiu teraz niewiele się zmienia... Korzeni istniejącego bezładu
należy szukać w przeszłości.
- A ciebie to tak niepokoi? U nas w Hobbitonie czas jakby się zatrzymał.
Nie wiem, rzecz jasna, co się dzieje gdzie indziej...
- Gdzie indziej jest podobnie. Zbyt wielu uwierzyło, że nad szedł
złoty wiek...
Folko podkuliwszy nogi, usiadł w fotelu i wpił się błyszczącymi
oczyma w krasnoluda. Ten, przymknąwszy powieki, stał przy palenisku, w
zamyśleniu wpatrując się w ogień.
- Coś się dzieje w naszym świecie - ciągnął
krasnolud. - Od dawna już to czujemy. Wszystko zaczęło się
od sztolni Morii...
W porzuconych kuźniach jak dawniej stukały ciężkie, młoty;
krasnoludy chciwie drążyły w głąb ziemi, polując
na zanikające żyły rud, Wszystko niby szło po staremu, gdy
nagle...
Długie przeciągłe wycie niespodziewanie zakłóciło
nocną ciszę. Przepełniony nieludzkim smutkiem jęk przetoczył,
się po ciemnych brzegach Brandywiny i zamarł w oddali. Hobbit i
krasnolud drgnęli i popatrzyli na siebie.
Folko skulił się w fotelu, W jednej chwili odżyły wszystkie
jego lęki, przypomniał sobie, jak drżał, oczekując
pojawienia się na ciemnej drodze Dziewięciu...
Krasnolud poderwał się i podbiegł do okna; wychylił się
niemal do pasa i usiłował wypatrzyć coś w mroku. Potem ostrożnie
obejrzał się i wrócił przed kominek; w zamyśleniu
zapalił wygaszoną fajkę.
- Co to było ? - Torin popatrzył na Polka...
- Skąd mam wiedzieć? - Hobbit wzruszy! ramionami. - W Czerwonej Księdze
powiedziane jest... Ale nie, to być nie może! Pewnie jakiś nocny
ptak...
- Ptak, powiadasz... - mruknął krasnolud. - To jakiś dziwny
ptak... Podobne wycie słyszałem dwa dni temu, kiedy wędrowałem
w pobliżu Michel Delving... Także wówczas było to, w nocy!
- Po chwili milczenia ciągnął: - Tak więc, zatrzymałem
się na tym: co się dzieje w Morii, Krasnoludy ponownie zaczęły
eksploatować stare wyrobiska. Wchodziły w nie coraz głębiej
i głębiej, i oto pewnego razu w jednym z niższych przodków
usłyszały w głębinach ziemi jakieś dźwięki i
odgłosy. Z dołu bił niewytłumaczalny żar, kamienie miękły
i osiadały, Wszystko drżało, Krasnoludy porzuciły oskardy i
ruszyły do odwrotu, ale sklepienia zaczęły się walić,
grzebiąc uciekających. Na powierzchnię udało się
wydostać niewielu, ja nie bywałem w Morii i opowiadam ci to, co usłyszałem
od swoich przyjaciół, którzy szczęśliwie się
uratowali. Ale groźne stały się nie tylko takie zawały -
strach ogarnął wszystkich, którzy tam żyli. Nie mogli się
uwolnić od lęku, jedynym wyjściem była ucieczka. - Krasnolud
westchnął. - Tak to jest... A ty powiadasz - ptak...
Nastąpiła cisza, przerywana trzaskaniem drew w kominku. Polko wpatrywał
się w ogień, Krasnolud zaś mówił dalej, prawie
szeptem ze skrywaną trwogą:
- Nikt nie wie i nie potrafi wyjaśnić, o co tu chodzi. Nasza
starszyzna zlekceważyła opowieści uciekinierów, skrycie
ciesząc się z ich nieszczęścia. Wielu z moich współplemieńców
mieszkających w Górach Księżycowych zazdrościło
bogactwa i umiejętności krasnoludom z Morii. Ci z nich, którzy
do nas dołączyli, nie wytrzymali drwin i szyderstw i powędrowali
w różne strony świata. Część ruszyła do
Ereboru, innych przyjął do siebie Namiestnik Króla w Annuminas,
a niektórzy dołączyli do dworu Kirdana Szkutnika...
Próbowałem to wyjaśnić, rozmawiałem z wieloma, wsłuchiwałem
się w mowę skał - i w końcu pojąłem, że w
trzewiach ziemi dzieje się coś niedobrego, Zaproponowałem naszym,
żebyśmy się wybrali do Morii, ale odpowiedzieli mi, że jeśli
krasnoludy z Morii ogłuchły i straciły rozum ze strachu, to nas
to nie dotyczy. I w ogóle, powinny staranniej szalować swoje
chodniki, a nie rozpowiadać nie wiadomo co... - Torin machnął ręką.
- Od ojca i dziada usłyszałem, że właśnie w Hobbitonie
przechowywana jest Czerwona Księga, z której można się
dowiedzieć o wydarzeniach ostatniej wojny. Poprzednim razem Moria zatrzęsła
się właśnie wtedy. Może więc Księga da odpowiedź?...
Dlatego znalazłem się tutaj. - Torin podniósł wzrok na
hobbita. - Folko, synu Hemfasta, wiesz teraz wszystko! Pomóż mi! Czy
wśród ksiąg nie ma tej, która jest mi potrzebna
najbardziej ze wszystkich na świecie? Nie poskąpię złota za
taką przysługę!
- Nawet za całe złoto Śródziemia nie sprzedam ci Czerwonej
Księgi! - Hobbit napiął mięśnie, jakby przygotowywał
się do skoku.
- Ależ coś ty, coś ty! - zamachał rękami Torin. - Chciałbym
tylko ją przeczytać!
- Nie mam oryginału Czerwonej Księgi - przyznał nieco zawstydzony
hobbit, - jest tylko kopia, ale najzupełniej wierna!
- Wystarczy mi kopia - zgodził się Torin. - A jeśli czytanie
zajmie mi dużo czasu, to gotów jestem zapłacić za pobyt
tutaj, - Krasnolud sięgnął za pazuchę.
Folko pospiesznie chwycił go za rękę.
- Nie, nie! Bądź moim gościem! Razem przeczytamy Księgę
i pomyślimy o niej również razem. Poza nią mam również
inne stare rękopisy. Mogą się przydać. Krasnolud odetchnął
z ulgą.
- Pewnie, będziemy mieli jeszcze czas na grzebanie w pergaminach. Opowiedz
mi o swoim kraju! Przeszedłem go z jednego krańca na drugi i powiadam
ci - są tu miejsca przepiękne. Syte pastwiska, zadbane sady, rumiane
jabłka i taki wspaniały tytoń!
- A ty pewnie wiele podróżowałeś - zapytał z zazdrością
w głosie Folko. - Szczęściarz! ja przez całe życie nie
opuściłem Hobbitonu...
- Ja też dużo nie wędrowałem - odparł krasnolud, -
Natomiast wielu spotykałem, zadawałem mnóstwo pytań.
Wszyscy nasłuchali się opowieści o Shire, ale tylko nieliczni
widzieli tę krainę. Wciąż obowiązuje prawo króla
Elessara...
- To nam nie posłużyło - zauważył Folko. - Moi współplemieńcy
i przedtem nie interesowali się zbytnio sprawami Wielkiego Świata, a
po zwycięstwie w Wielkiej Wojnie, gdy całe zło zostało
zniszczone na zawsze, król Elessar darował naszym dziadom nowe
ziemie, które należało zagospodarować, i hobbici
zapomnieli o wszystkim innym - podobnie jak twoi współplemieńcy.
Staliśmy się zbyt niefrasobliwi... Zresztą, co to znaczy
"staliśmy się" - zawsze tacy byliśmy...
- Ale ty jesteś inny?
- Och!, jak by ci tu powiedzieć... Może dlatego, że: bardzo wcześnie
nauczyłem się czytać i że nie wychodziłem z naszej
biblioteki zanim nie przeczytałem wszystkiego przynajmniej raz...
Folko roześmiał się. - Często wspominałem takie sprawy,
o których pozostali nawet nie chcieli myśleć: mówiłem
o Hobbickim Ruszeniu, o Bitwie na Zielonych Polach... Najpierw się
rozczulali, potem krzywo patrzyli, a w końcu zaczęli traktować
mnie wrogo.
Że niby się wymądrzam. A ja dopiero zacząłem się
interesować tym wszystkim. Pogłębiałem wiedzę, wypytywałem
przechodniów, podobnie jak ty. I wiem, że wieści z odległych
krain są coraz bardziej niepokojące i niezrozumiałe.
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|